Jesienny niezbędnik: Jak zaczęła się moja przygoda z dzierganiem swetrów?

Gdyby ktoś, jeszcze parę lat temu powiedział mi, że w mojej szafie zawiśnie 14 samodzielnie zrobionych chust, pewnie uśmiechnęłabym się z niedowierzaniem. A gdyby ten sam ktoś dodał, że po chustach przyjdzie czas na… swetry, od razu odpowiedziałabym: „Nigdy w życiu, przecież to wyższa szkoła jazdy, trzeba liczyć oczka, zszywać rękawy i ogarniać wykroje!”

A jednak. Dzisiaj nie wyobrażam sobie jesieni bez drutów lub szydełka w dłoniach. Jak do tego doszło i dlaczego przejście z chust na swetry było dla mnie prawdziwym przełomem?

Od 14 chust do pierwszego swetra (czyli przeskoczenie na głęboką wodę)

Robienie chust miało w sobie coś niesamowicie kojącego. Przerabianie kolejnych rzędów wzoru, obserwowanie, jak motek zmienia się w piękną, ażurową płachtę – to była moja ulubiona forma medytacji. Ale w pewnym momencie w głowie zapaliła się myśl: „Skoro uszydełkowałam 14 chust i opanowałam to niemal z zamkniętymi oczami, to co stoi na przeszkodzie, żeby spróbować zrobić coś, co da się założyć jak normalny ubraniowy klasyk?”.

Spoiler: na przeszkodzie stał głównie strach przed porażką. Ale ciekawość wygrała.

Pierwsze błędy i lekcje z prucia

Nie będę czarować – mój pierwszy sweter nie powstał tak po prostu, gładko i bezstresowo.

Błąd nr 1: Ignorowanie próbki. Kto by tam tracił czas na robienie próbki i liczenie oczek, skoro można od razu dziergać! Efekt? Coś, co miało być dopasowanym swetrem, rozmiarem przypominało raczej namiot.

Błąd nr 2: Strach przed pruciem. Kiedyś prucie kilku godzin pracy było dla mnie tragedią. Dziś wiem, że prucie to nie porażka – tylko po prostu naturalna część procesu tworzenia czegoś idealnego.

Błąd nr 3: Zszywanie rękawów. Początkowo nie wiedziałam, że można dziergać od góry do dołu (zamiast zszywać osobne elementy). Odkrycie techniki bezszwowej zmieniło moje życie!

 

Co mam teraz na szydełku/drutach?

Dziś dzierganie swetrów to mój absolutny jesienny niezbędnik. To idealny dodatek do wieczornego oglądania dram albo słuchanie audiobooków.

Aktualnie na moim warsztacie panuje lekki niesymetryczny chaos, bo pracuję nad… dwoma projektami jednocześnie:

  1. Projekt „Porzucona nadzieja”: Sweter, który jest już w 99% gotowy i od jakieś dwóch miesięcy cicho leży w kącie i czeka na zszycie… Tak mocno się do tego zbieram, że chyba zdąży się zmienić pora roku!
  2. Projekt „Światełko w tunelu”: Fantazyjny sweter z mocno skomplikowanym wzorem warkoczowym. Wymaga sporo skupienia, ale jestem już na etapie dziergania rękawów, więc powoli widać finisz!

A jak Wasze rękodzielnicze wyzwania?

Są tu jakieś dziergające dusze? Robicie na szydełku, drutach, a może szyjecie albo zajmujecie się zupełnie innym DIY? Dajcie znać, jaki jest Wasz ulubiony sposób na relaks z rękodziełem w chłodne wieczory!

 

 

Przewijanie do góry